czwartek, 28 lipca 2016

Gatunek ludzki jest dziwny

Człowieku, nie jesteś tu sam! Zasady wpajane ci od małego przez mamę-wszystkie były wartościowe, dlaczego tak rzadko przekładamy je na codzienne życie? Teraz, gdy ludzi ogarnia nienawiść, współpraca powinna jest konieczna, ale zbyt trudna, co to się dzieje? 

Możliwe, ze część z Was zastanawia się właśnie, co MI nagle odbiło albo kto wkurzył mnie na tyle, żeby zmusić mnie do napisania powyższych słów po, nie oszukujmy się, zdecydowanie zbyt długiej przerwie (na którą usprawiedliwienie mam, ale nie będę Was zanudzać historią o zepsutym komputerze i braku chęci do pracy na sprzęcie, łagodnie mówiąc, beznadziejnym). Już tłumaczę. Tak jak większość ludzi codziennie muszę współpracowac. Dzielić się, pomagać i pomocy oczekuję. Tak jak zrozumienia, oczywiście. I ostatnie wydarzenia, trochę mnie, no cóż, załamały. Nie zrażam się do gatunku ludzkiego, nie chcę mówić, że jestem aniołkiem, spadłam z chmurki, nie popsułam przy tym fryzury, a teraz chodzę po świecie pełnym idiotów i sieje dobro. Problem w tym, że w samej sobie dostrzegam ten brak umiejętności obserwowania z innej perspektywy. Uczę się, próbuje, ale odruchowo najpierw myślę tylko o sobie i tak jakoś, nie podoba mi się to, chociaż chyba jest naturalne. Czy wy też czujecie się czasami jak egoiści? A przecież zbyt duży altruizm nie skończy się dobrze. Szkoda tylko, że każdy z nas może dać swoją małą cegiełkę do lepszego jutra, możemy zbudować dobry świat bez przemocy, ale wolimy brutalność. Z naszą rasą coś się stało i nie da się temu zaprzeczyć. Coś pękło i kieruje nami chęć zadania bólu. UWAGA UWAGA:mała zmiana- przez dwa poniższe komentarze po raz kolejny przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że macie całkowitą rację. Ja dopiero teraz zaczelam dostrzegać ludzi jako zło, spóźniłam sie. Ja sie zmieniłam, nie nasza rasa. Nie usunę powyższego zdania, zeby komentatorki nie wyszły na głupie, efekt ma byc odwrotny! Dziekuje Wam za szczerą opinię :)
Dlaczego istnieje coś takiego jak zazdrość? Chcemy zrobić komuś na złość, ale...po co? Przecież to nie pomoże NAM, tylko komuś zaszkodzi, niby oczywiste, ale ja ciągle nie potrafię zrozumieć dlaczego żyję czyimś życiem i przeglądając instagrama myślę "dlaczego ona ma taki fajny aparat, ja na niego bardziej zasługuję, pewnie ona nawet się tym nie interesuje". Brzmi okropnie, ja jak się łapie na tych myślach mam ochotę strzelić sobie z liścia. Na szczęście zaczyna  się w głowie i w niej kończy. Ale gdyby do tej osoby moja (niesłuszna) opinia doszła jako powszechny dzisiaj hejt, mogłoby to np.zastopować jej działalność w internecie a skoro jej to sprawia przyjemność to dlaczego to jest złe? Odpowiedz brzmi- nie jest. 
Nie wiem jaki sens tych wypocin, ale może ktoś lubi czytać nieogarnięte przemyślenia dziewczyny, która powinna juz przestać myślec, bo niedługo zostanie wegańskim hipisem, pofarbuje włosy na zielono (chwała roślinom!), a prace rozpocznie w instytucji "staraj się na siłę zrobić lepszy świat". 
Miłego dnia! :) 
I przepraszam za brak nowych zdjęć, ale tak bardzo brakuje mi blogowania, że musiałam coś napisać (łoo, obudziłam sie!). A nie ma mnie aktualnie w domu, nie mam komputera ani aparatu, moim wybawieniem jest telefon. Wiec co? Odbywamy podróż w czasie i pooglądajcie sobie zdjecia, które juz na blogu zawitały, ale jest w nich kawalek historii, którą razem tworzymy.
W poniedziałek nowy post, bedą zdjęcia, ład i porządny temat










piątek, 15 lipca 2016

Stare książki są fajne

Hejka, jestem Roksana i kocham czytać stare książki. Uwielbiam usiąść w nocy przy oknie, popatrzyć się w niebo, w lepszych przypadkach na krople dudniące o szybę, wziąć książkę w podeszłym wieku i zatopić się w historiach o miłości, która nie polegała na wysyłaniu serduszek na Facebooku.



Wczoraj czytałam zbiór opowiadań Lucy Maund Montgomery i do napisana tego posta zainspirowała mnie historia  mało urodziwej dziewczyny dziewczyny o bujnych, czarnych włosach. Na imię miała Helen. Do wsi przyjechał malarz,Robert, aby namalować wybrzeże i  jako modelkę "pożyczył" sobie brunetkę.  Jak to w książkach bywa, tych dwoje poczuło do siebie coś więcej. Nie twierdzę, że randki w "Gwiazd naszych wina" (jak mogłabym powiedzieć coś złego na Johna Greena, o nie!) czy innych bestsellerach ostatnich kilku lat  były głupie, zbyt nowoczesne i popsute przez technologię. W końcu w dzisiejszym świecie wszystko opiera się na technologii, która może i zacofała człowieka w stosunkach międzyludzkich, ale na pewno posunęła o krok dalej świat i coś dobrego jednak zrobiła. Wracając- nic złego na nowoczesność, ale, sami przyznajcie- randka nad zatoką w niebezpiecznym miejscu, gdzie w czasie przypływu można stracić życie- romantycy szaleją. Robert jednak lubił tam chodzić również samotnie i na jego nieszczęscie, zasnął raz i obudził się, gdzy przypływ już trwał. Stał na drodzę do pewnej śmierci, nie miał możliwości ucieczki i z przerażeniem, śmiertelnym przerażeniem obserwował unoszącą się wodę. Powiedział kiedyś, że czuje, że zatoka go wzywa. Najwidoczniej przyszedł moment, malarz był mokry od fal i wiedział, że zaraz wyląduje na dnie. Nagle łódź. Brunetka ocaliła mu życie. Może trochę mdłe i nieprawdziwe, ale to książka nie z 2016 roku, heloł. Tak czy inaczej Robert po tym nie może dłużej oszukiwać Helen- mówi jej o swojej kobiecie. Są zaręczeni i planują ślub. Dziewczyna z żalem, niosąc ogromny ciężar oddaje go wodzie. Podczas przypływu. W miejscu ich randki. Fale leczą złamane serce, ale niszczą ciało. Zabijają.

Tym postem nie chcę przekazać Wam, że Waszym obowiązkiem jest iść teraz do biblioteki i wypożyczyć książkę, która ma conajmniej 100 lat. Chcę tylko powiedzieć, że stare książki mają w sobie coś innego, może archaicznego, ale tradycjonalnego. Literatura świata jest tak bogata! Dlaczego nie spróbować czegoś innego? Ja spróbowałam jakiś czas temu i nadal poznaję dalszą historię Ani Shirley, Pollyannę i inne książki, które czytała w młodości moja mama. Teraz moja kolej.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Witajcie, Wakacje! Wrocław i Open'er

No, no! Czas wyłączyć wszystkie budziki, głęboko schować swetry, zeszyty wysłać na urlop do szuflady, a podręczniki zamienić na fantastykę i młodzieżówki. Witajcie, wakacje
! Czy tylko ja lubię wyznać sobie cele? Chcę przeczytać po raz kolejny małego księcia, ale na świeżym powietrzu. Huśtawka na placu zabaw wydaje się dobrym rozwiązaniem. Chcę dać się ponieść małemu szaleństwu, spontaniczności i z przyjaciółmi przeżyć przygodę nie do zapomnienia. Chcę pozwiedzać. Chcę znowu zobaczyć panoramę ukochanego Gdańska. Chcę nauczyć się skakać na rolkach i, oczywiście, mam plany z blogiem.
Pragnę stworzyć stronę na Facebooku, aby umożliwić dostęp do siebie osobom również z tego portalu, pokazać się gdzie indziej a Was móc informować o nowych postach i pokazywać zdjęcia, które nie dostaną swoich pięciu minut na blogu. No i mój problem od dłuższego czasu, wygląd bloga. Nie wiem czy uda mi się samej coś wykombinować, ale dam z siebie wszystko, obiecuje!
A co jest podstawą bloga? Posty oczywiście! To zagadnienie przykryje peleryną tajemnicy, ale wierzcie mi na słowo-coś się szykuje!
 W skrocie-nie chce zmarnować tych wakacji. Chcę każdy dzień wykorzystać w 100%. Obserwować zachód z uśmiechem. Bo w końcu to od nas zależy, jak ocenimy te 2 miesiące pod koniec sierpnia.

 Już na początku wakacji przeżyłam coś wspaniałego, wzięłam udział w świetnym festiwalu- Open'er Festival! W końcu miałam okazję usłyszeć "Otherside" na żywo, wyskakać się za cały rok szkolny i wykrzyczeć słowa piosenek ze wspomnieniem milczenia w szkolnej ławce. Moja odległość od sceny była porównywalna z odległością ostatniej ławki do tablicy (trochę więcej niż dystans pokonywany na każdej matematyce, przedostatnia ławka pozdrawia). Los chciał, że w Wielki Dzień Peppersów biało-czerwoni grali ważny mecz i grupa muzyczna dopingując na scenie wywarła na mnie duży podziw. "Polskaa, bjiało czelłoni!" No tak, polski język- trudny język, ale okrzyk uroczy i na pewno dla muzyków plus od Polaków.
 Dzień później ostatnia para spodni dorzucona do walizki i rodzinka pakuje się do białego audi- jedziemy do Wrocławia! Kocham, po prostu k o c h a m zwiedzać miasta. A Wrocław w moim odczuciu to drugi Gdańsk. Poniemieckie miasteczko (nie takie malutkie miasteczko, bo 293 km2) z piękną zabudową, ciekawą okolicą i bardzo dobrą restauracją grecką.
 Wniosek? Nie jesteście skazani na siedzenie w domu. Wyjdź na spacer, kup loda i usiądź na placu zabaw i poobserwuj dzieci. Tak, ja lubię to robić. Może jestem dziwna, ale normalni ludzie są nijacy. Rób na co masz ochotę, bo po to ktoś mądry wymyślił wakacje, aby się rozerwać a nie chować jak mysz pod miotłą. Wspaniałych wakacji, kochani!