wtorek, 30 sierpnia 2016

Hiszpania #2- moc zdjęć

Zapraszam Was na nowego posta, przeniesiecie się dziś ze mną znowu do Hiszpanii! Zobaczymy paradę, o której dużo pisaliście w komentarzach, Frigilianę i hiszpańskiego McDonalda! To co, zostaniesz ze mną? (tekst w stylu Ewy Chodakowskiej, wybaczcie mi, jeśli właśnie stanęły wam przed oczami wspomnienia pełne potu i płytkiego oddechu).

Zacznijmy od Malagi, bo parę dni temu dużo pisałam, ale w końcu trudno sobie coś realnie wyobrazić  po opisie dziewczyny po załamaniu nerwowym (NIE CHCIAŁAM WRACAĆ DO POLSKI).
 (uznajmy, że nie widzicie tego kawałka mojej głowy)


(a tu uznajmy, że nie widzicie tej ostrości, a właściwie jej braku)


 Tutaj trochę więcej samego miasta Picassa.






Kolejny punkt naszej pięknej wirtualnej wycieczki dla bogaczy to Frigiliana. Czy to nie super nowoczesne i luksusowe, że byliśmy w Maladze a teraz w białym miasteczku i minęło tylko kilkanaście sekund?
Taki transport tylko na moim blogu, polecam siebie! :D
Ciekawostka- miasteczko jest czyściutkie, nie ma opakowań po lodach na ulicach ani ulotek z pizzerii na krzakach (co w innych hiszpańskich miastach się zdarzało, ale nie myślcie, że ten kraj jest brudny! Czystszy  niż Polska ;)). A we Frigilianie nie ma ani jednego śmietnika. Przyznam szczerze, ja się za nimi nie oglądałam, informacja od pani rezydentki.








Głodni? Zapraszam!
Wiem, ten punkt wycieczki jest niezwykle ekscytujący, wyciągajcie aparaty! Widzicie tę żółtą literę M, czy kiedykolwiek widzieliście coś takiego w Polsce? :o
Na koniec Nerja,

konik morski przy akwarium a'la to w Dubaju (kolejna informacja od pani z TUI),
no i ja!
Mam nadzieję, że czytało Wam się przyjemnie, że choć trochę poczuliście regionalny klimat i, że zostawicie ślad w postaci komentarza lub obserwacji (najlepiej to i to, nie obrażę się :D).
Trzymajcie się ciepło!
Roksana :)


niedziela, 28 sierpnia 2016

Hiszpania

Teoretycznie Hiszpanię odwiedziłam już po raz drugi. Czuję jednak, że w tym roku był to pierwszy prawdziwy raz i, przyznam, boję się, że ostatni. To tutaj poznałam prawdziwych Hiszpanów, ich kulturę i, właśnie, ten piękny kraj tętniący życiem. No, może nie w godzinach siesty ;)

Dla sprostowania- byłam w Alndaluzji, dokładnie w Almuñécar, niedaleko Granady i Malagi. W tym drugim mieście spędziłam jeden z najlepszych dni w swoim życiu.

Autobusem wybrałyśmy się do Malagi głównie w celu odwiedzenia muzeum Picassa. I miałyśmy niesamowite szczęście, że na głównej ulicy odbywała się akurat...parada. Tak, mnóstwo osób tańczących Flamenco, grających na instrumentach, których w życiu nie widziałam na oczy. Boki ulicy zapełnione od stoisk z regionalnymi szatami i chustami, solonymi migdałami w papierowym rożku. Wystające ludzkie (żywe!) głowy ze stołu, myszka Miki, grupy pań w długich sukniach, ozdobnych kapeluszach owinięte zdobionymi szatami. Głośna muzyka i ogarniające całą, długą ulicę szczęście z, szczerze mówiąc, nieznanego mi powodu. To było wręcz magiczne, mocno Hiszpańskie i atmosfera uzależniała. 



Samo muzeum zapiera dech w piersi. Ja, jako osoba nie interesująca się szczególnie sztuką, czułam się dumna, że mogę na własne oczy zobaczyć coś tak ponadczasowego, słynnego i przede wszystkim pięknego. Jego obrazy są dla mnie jedną wielką zagadką. Stojąc przed oprawionym płótnem doszukiwałam się mnóstwa szczegółów, chciałam choć w najmniejszym stopniu poczuć, co tak światowy artysta miał  w głowie, ale to chyba niewykonalne. Nie da się zrozumieć tak skomplikowanej sztuki. Tak hipnotyzującego piękna.

Co jeszcze przyczyniło się do nasycenia Hiszpanii w Hiszpanii?

Animatorzy w hotelu, regionalne jedzenie, zachód słońca nad morzem, przewozy autokarowe Alsa i ich (nie) punktualność, pani z sklepu gdzie kupowałyśmy plastry i gumki do włosów, tajna uliczka znaleziona na powrocie do hotelu z dworca autobusowego, pizzeria z niedobrą pizzą, ale przesympatycznym kucharzem i kelnerem w jednym. W końcu magia tkwi w szczegółach i jestem niesamowicie szczęśliwa, że je dostrzegłam. To uczyniło tę wyczieczkę wyjątkową!

Planuję jeszcze jeden post z Hiszpanii, który pojawi się już niedługo i największą rolę odegrają tam zdjęcia. Bądzcie czujni!

Ach, zapomniałabym! Mamy już ponad rok! Tyle czasu minęło w tak zawrotnym tempie, że aż trudno uwierzyć :) Chciałabym Wam oczywiście, z całego serca, podziękować. Na ten temat też będzie jeszcze post, ale wstępnie- jesteście najlepsi! 












Roksana :)

czwartek, 11 sierpnia 2016

Skrawki Błękitu, czyli o tym, jak zawiodłam się na kontynuacji

Post temu wspominałam Wam o Dawcy. Dzisiaj o drugiej części tej serii, ale...opowiadającej o czymś innym.

Jak już wspominałam byłam w niebie, gdy okazało się, że genialna książka Lois Lowry ma kolejne części i od razu zamówiłam Skrawki błękitu. Szczerze mówiąc nie czytałam nawet opisu na stronie księgarni, wiedziałam, że skoro to Dawca to będzie dobre. Cóż,  było dobre. Ale o 3 poziomy niżej niż poprzednik.

Zamiast Jonasza mamy tu Kirę. Zamiast świata nad którym zachwycałam się ostatnio mamy też ciekawy, ale nieco mniej dopracowany. Najciekawsze w nim jest określanie wieku na podstawie ilości sylab w imieniu. Niemowlę rodzi się mając jedną. Potem dostaje drugą. Dorosłość to trzecia, a cztery sylaby to stary mędrzec, oznaka inteligencji i długiego stażu życiowego. Inne wątki były, jak dla mnie, nudne.
Jednak najbardziej zawiodłam się na fabule, w której, niestety, nic się nie dzieje. Jest sobie Kira, dostaje pracę po matce i szyje szatę. Nie ma akcji. Jedynie wątek tajemnicy, którego autorka nie rozwinęła i nie dowiemy się już, jak to było (chyba, że w kolejnej części).
Co zabawne nawet nie polubiłam głównej bohaterki. Rzadko mi się to zdarza, ale Kira choć była całkiem sympatyczna nie przemówiła do mnie. Jedyną osobą, którą szczerze polubiłam jest Thomas.

Prawdę mówiąc dziwnie pisze mi się o książce tylko po niej "jadąc". Nie chcę jej hejtować z góry do dołu, bo czytało mi się ją całkiem przyjemnie. Problem w tym, że była to zasługa tylko stylu autorki, który jest niebywale luźny, miły i dzięki temu szybko się jej powieści czyta.

Jednak poza stylem jest jeszcze jedno- znalazłam przesłanie. Jeśli jesteście ze mną dłużej wiecie, że kocham morały w książkach, bez nich pozycja od razu trafia u mnie na niższą półkę. W tym wypadku było oryginalnie- o sztuce. O magii, która jest ukryta w rękach  (lub innej części ciała) artysty. O improwizacji. O potrzebie wyrażania siebie. A także o tym, jak świat potrzebuje utalentowanych ludzi.
Czy polecam książkę? Dla fanów Lois Lowry tak, jednak nie spodziewajcie się rewelacji. A dla tych, co dopiero chcą tę autorkę poznać- przeczytajcie Dawcę. Dalej nie musicie. No, chyba, że kolejne części zrekompensują Skrawki Błękitu. Wtedy wam napiszę.



Roksana

niedziela, 7 sierpnia 2016

Dawca

W dzień moich 14 urodzin z zaprzyjaźnionych rąk dostałam czarną książkę, na której niebieskim drukiem dumnie przedstawia się autorka, Lois Lowry, a wyżej, widnieje tytuł. Białe, połyskujące litery. Dawca.

Hm, skąd ten dziwny wstęp? Brzmi jak reklama kanapki w McDonald 's. Albo początek jakiejś głębokiej, poważnej książki. Przepełnionej ogromnym sensem i mocno ingerującej w życie czytelnika i jego postrzeganie świata. W skrócie początek książki, która na taki wstęp zasługuje. Albo posta o takiej książce. Więc co, trafiłam?

Poznajcie Jonasza (nie mylić z tym prorokiem, nie, to nie to). Jonasz żyje w świecie, który jest do kitu. Nie zna prawdziwych uczuć ani ich siły. W jego społeczności ludziom zabrali najważniejsze wartości. Zabrali im wspomnienia, różnorodność i możliwość wyboru. Specjalne kobiety (zwane rodzicielkami) rodzą dzieci i oddają je do komórek rodzinnych. Wszystko jest nadzorowane. Każde nowe małżeństwo długo kontrolowane. Zasady to fundament ich działającego miasta. Wszystko jest sztywne jak pręt z metalu. Widzieliście kiedyś wykrzywiony pręt z metalu. Tak? A więc to jest Jonasz. Jest inny. Znacznie inny. Widzi to, co zabrano im już dawno. Kolory. Podczas ceremonii dwunastolatków jego numer zostaje pominięty. Zostaje Odbiorcą Pamięci. Wkrótce poznaje Dawcę. Dawcę Pamięci.

To, co pokochałam w tej książce to wymyślony przez Lowry świat. Wszystko przemyślane w każdym detalu, każdy pojedynczy element składa się do całości. Do określonego wieku dzieci muszą mieć kurtki zapinane z tyłu, aby uczyć się życzliwości. Gdy są wystarczająco duże dostają nowe, z zapięciem z przodu. Następnie z kieszeniami. Potem rower. Potem ścinają im włosy a gdy kończą 12 lat następuje przełom i ich przyszłość wychodzi na jaw. Określone kim będą i jaką funkcję będą pełniły- o tym decydują osoby trzecie. Brak wyboru, znowu.
Czytając byłam pełna podziwu dla wyobraźni autorki i czystego geniuszu literackiego. Wszystko tak przemyślane, wow.

Przekaz to coś wspaniałego. Magia wspomnień. Wyjątkowa siła. I ból. Ale, cytując Dawcę, to nie ból jest najgorszy w posiadaniu wspomnień, a samotność. Potęgę uczuć i autentyczność miłości. Pokazuje, że precyzja językowa nie podoła emocjom. Niektórych rzeczy nie da się opisać. Ale są. Nawet silniejsze od tych, które opisane już zostały.
Dziękuję, Roksana.



 A w następnym poście nieco o 2 tomie z serii Dawca! :)